Obcasy miarowo wystukiwały rytm. Stąpałam uważnie, bo w dzielnicy, w której się znalazłam, nikt nie zamiatał opadłych na chodnik, mokrych liści. Omijałam wzrokiem mężczyzn zebranych w grupki na rogach ulic. W końcu zatrzymałam się i uważanie obserwowałam kamienicę. Z ledwością wypatrzyłam zamazaną sprayem dziesiątkę i napis: Karola Miarki. Drzwi, wyrwane z górnego zawiasu, zwisały niczym złamane skrzydło. Pchnęłam je i przecisnęłam się przez szparę do środka.
W klatce panowała ciemność, nacisnęłam wymacany na ścianie kontakt, jednak światło się nie zapaliło. Oczy przyzwyczaiły się do półmroku, więc postanowiłam wejść. Poręcz zaskrzypiała i rozkołysała, kiedy próbowałam się na niej oprzeć. Drewniane schody okazały się zdarte, popękane i śliskie. Weszłam na półpiętro i przystanęłam. Przez okno wpadał słaby poblask ulicznej latarni. Mogłam zobaczyć odrapane ściany, skrzynki na listy bez drzwiczek i wielkie „R” namalowane na ścianie niebieską farbą. Szłam dalej, aż na drugie piętro.
W końcu stanęłam przed kiedyś białymi, teraz upstrzonymi plamami niewiadomego pochodzenia drzwiami. Wzięłam głęboki oddech i zapukałam.
*
– Nie wiem, kiedy to się stało. Kiedy przekroczyłam granicę, zza której nie ma powrotu.
Przyglądałam się siedzącej naprzeciwko kobiecie. Dłoń, w której trzymała papierosa, drżała.
– Nienawidzisz siebie?
– Dziecko… – zaczęła i spojrzała w stronę okna, jakby chciała mi oszczędzić szyderczego spojrzenia. – Są rzeczy o wiele gorsze od nienawidzenia siebie czy innych. – Odwróciła głowę w moją stronę i zaciągnęła głęboko.
Siedziałyśmy w milczeniu. Obserwowałam, jak zachłannie pali papierosa. Wzrok miała szklisty, jakby straciła kontakt z rzeczywistością. Dygotałam, nie wiem, z zimna czy strachu.
– Po co ci to wiedzieć? Na co ci to?
– Na tym polega moja praca. Robimy badania, które mają określić, jakiej pomocy potrzebujesz. To rodzaj opieki społecznej… – Skłamałam bez zmrużenia oka, a dla dodania kłamstwu powagi, włożyłam dłoń do torebki i wyciągnęłam notes i długopis. Kobieta spojrzała czujnie, mrużąc oczy.
– Pomocy społecznej – rzuciła na mnie niedowierzającym spojrzeniem, po czym parsknęła krótkim, chrapliwym śmiechem. – Jeszcze nigdy nie widziałam, by pomoc społeczna zachowywała się tak troskliwie.
– MOPS ma nowe procedury. – Skłamałam gładko po raz drugi, nie myślałam o konsekwencjach. – Jeżeli chce pani dostać zasiłek, musi odpowiedzieć na pytania.
– Pewno, odpowiem szczerze jak na spowiedzi – zarechotała nagle i spojrzała ostro. – Ale od kiedy to MOPS sam się zaczyna człowiekiem interesować? Kiedyś musiałam stać w kolejkach i skamleć o swoje.
„Kurwa”, pomyślałam. Prawie wpadłam w panikę, ale zdołałam się uspokoić.
– Otrzymaliśmy donosy, że się źle dzieje u pani, pani…
– Ewa Mewa. – Kobieta wstała i podeszła do okna. Zastanawiałam się, czy widzi, co znajduje się na zewnątrz przez warstwę tłustego brudu. – Zawsze śmieszyło mnie to wyznawanie przewin na spotkaniach alkoholików, ale teraz to nabiera całkiem innego sensu. Jestem Ewa Mewa i tym razem zasiłek przychodzi do mnie sam. No, no – podsumowała z nieskrywaną ironią.
– Więc już kiedyś pobierała pani zapomogę? – brnęłam dalej.
Czułam, jak pocą mi się ręce.
– Ta, kiedyś. Jak miałam pewność, że mi się należy za zmarnowane życie. Za ten gnój, w którym się tarzam niczym świnia. Życie składa się z pewnych elementów, zdarzeń, słów. Tego nie można cofnąć, a im bardziej człowiek brnie, tym gorzej. Dlatego w pewnym momencie przestałam się skomleć. To poniżające.
– Przecież to nie wstyd – zauważyłam naiwnie.
Kobieta spojrzała z politowaniem i parsknęła krótkim, szyderczym śmiechem.
– Oczywiście, że nie, drogie dziecko. – Znów zaśmiała się chrapliwie, podeszła do stołu i z paczki papierosów wyciągnęła kolejnego. – Pewnie nie zrozumiesz połowy z tego, co chcę powiedzieć, ale… - urwała i zaniosła się kaszlem. – To nic, to bez znaczenia – dokasłała ostatnie zdanie. Zmiędliła papierosa w palcach i patrząc na niego z dziwną pożądliwością, zapaliła, zaciągając się łapczywie. – Do kościoła już nigdy nie pójdę, z Bogiem się nie pojednam, to chociaż przed jakimś obcym człowiekiem się wygadam.
Obserwowałam ją przez chwilę w milczeniu. Ona z kolei spoglądała na wydychany przez siebie dym. Jedną rękę położyła na brzuchu, mocno zaciskając pięść. Szczupła, zgarbiona, z siwymi włosami, choć miała, jak mogłam się domyślić, nie więcej niż czterdzieści pięć lat. Palce, między którymi trzymała papierosa, trochę po męsku, pomiędzy wskazującym i kciukiem, były powykręcane, z wypukłymi kośćmi obciągniętymi szorstką skórą.
– Jak… jak to się zaczęło? – zapytałam, przełykając ślinę.
– To gówniane wspomnienia. – Ewa wróciła do stołu i jednym, mocnym ruchem zgasiła papierosa. – Bóg wie, że miałam dobrą rodzinę. Przyjechaliśmy na Śląsk, chyba jak każdy, za zarobkiem i chlebem. – Zgniotła resztki papierosa w tak przepełnionej popielniczce, że to, co znalazło się z boku, wysypało się na stół. – Pamiętam wieś, pachniała oborą, ciepłym mlekiem i odchodami kaczek czy innego drobiu. Do tej pory tęsknię za tym, jak się czułam jako mała dziewczynka. – Zamyśliła się na chwilę. Usta wykrzywił uśmiech, wydawała się wtedy, przez ułamek sekundy, prawie ładna. – Śląsk okazał się ponury, szary, z dymami kominów wlokącymi się do nieba przez prawie cały rok, od września do kwietnia. Nienawidziłam zapachów tego miejsca, smrodu szczyn w bramach i przetrawionego alkoholu na klatkach. Płakałam, chciałam zostać z babką, ale ojciec okazał się nieugięty.
– Pracował na kopalni? – wtrąciłam.
– Tak. Szybko go to wykończyło i zmarł. Za ciężka to robota, nikł w oczach, a później po prostu… – Nie dokończyła, przełknęła ślinę. – Matka ani myślała wracać na wieś.
– Dlaczego?
Kobieta spojrzała dziwnym wzrokiem, po czym prychnęła, jakby trzeba mi jak dziecku tłumaczyć, co w sumie nie mijało się z prawdą.
– Nawał obowiązków i teściowa skutecznie ją odstraszały. Dziś wiem, że z matka to po prostu cholerny nierób. Więc zostaliśmy. Uczyłam się dobrze, nawet bardzo. Lubiłam czytać książki. – Znów się zamyśliła. – Nie miałam żadnych koleżanek. A później zaczęłam marzyć, żeby wyrwać się z tego miejsca.
– A jednak zostałaś. – Rozglądnęłam się po kuchni. Pomieszczenie wyglądało na zaniedbane, brudne. Cerata okrywająca stół podarta. Pod zlewem zauważyłam emaliowane wiadro, z którego śmierdziało. Mogłam się domyślać, że to prowizoryczny wychodek. Ściana nad piecem okopcona i ciemna. Podłoga lepiła się pod podeszwami butów dawno niezmywanym brudem.
– Tak. – Ewa również omiotła wzrokiem kuchnię. Miałam wrażenie, że dziwi się temu, co widzi. – Chcesz herbaty? Albo kawy – zapytała nagle.
– Może herbaty – poprosiłam. Czułam zimno, w ogromnym piecu kaflowym nie palił się ogień. Ewa wstała i nastawiła wodę w czajniku elektrycznym. Z szafki wyjęła dwie szklanki w czerwonych koszyczkach, herbatę i łyżeczki.
– Nie mam cukru – stwierdziła, patrzyła na mnie pytająco.
– Nie trzeba, nie słodzę.
– To dobrze. Cukier drogi, a szkoda pieniędzy na głupoty. – Woda się zagotowała, więc zalała i wróciła do stołu. Przez chwilę zamarła, jakby się nad czymś zastanawiając. Położyła szklanki i wyprostowała się z trudem. Przeczesała dłońmi resztki włosów, poprawiła sweter na małych piersiach i strzepnęła dłonią paproch ze spódnicy.
W szarości popołudnia mogłam dostrzec zacieki na szklance i czarny brud, który oblepiał koszyczek w każdym załamaniu. Z trudem powstrzymałam mdłości, zastanawiając się, jak wypiję herbatę. Nie mogłam jednak sprawić jej przykrości.
– Skoro dobrze ci szło w szkole, dlaczego nie wyjechałaś. Co się zmieniło?
– Poznałam jednego takiego. – Na twarzy kobiety pojawił się uśmiech. Czarne, przeżarte trzonki zębów wyglądały niczym spalone drzewa. – Ireneusz mu było i pieruńsko fajny się zdawał. Ireneusz Busz, śmieszne nazwisko. Taki typ, za którym się każda na ulicy oglądnie. Ciemne, falowane włosy, wąs i równe zębiska, och, jak on nimi gryzł!
– Więc miłość zatrzymała panią w tym mieście?
– Pff! – Kobieta prychnęła. – Miłość niewiele ma tu do rzeczy, chociaż rżnął niczym byk krowę. Oj tak, lubiłam ten sport i mogłabym z pięć razy na noc. A że głupia, młoda, to i wpadliśmy pewnego razu.
– W… w ciążę? – Czułam, spocone dłonie zaczynają drżeć.
– No tak. – Popatrzyła na mnie, zmarszczyła brwi. – A w co innego?
– Urodziła pani? – zignorowałam jej przytyk.
– Jaka tam ze mnie pani. Jestem Ewa Mewa i każdy wie, że oddałam dziecko do bidula. Córeczka, Eliza jej dałam na imię. Irek się wściekł, jak się dowiedział o ciąży. Z domu wywalił, znać nie chciał.
– Byliście małżeństwem?
– A gdzie tam. – Machnęła dłonią, a że trzymała kolejnego papierosa, posypał się popiół. – On to w ogóle o żeniaczce nie myślał, taki typ. A i go ciągać nie chciałam, coby mnie nie zostawił. Tośmy się gzili, gdzie popadnie i pomieszkiwali razem.
– Co z córką? – Skierowałam opowieść na interesujące mnie tory.
– A cóż ma być? Oddałam do sierocińca, tu w mieście taki siostry prowadzą. Pozbawili nas praw. Jak małe, to się łatwiej do rodziny załapie, ale Elizka to chyba szczęścia jakoś nie miała, bo długo tam mieszkała.
– Odwiedzałaś ją?
– Czasami. Jak Irek pozwalał. Kiedy oddałam małą, od razu mnie przyjął, wódką ugościł i tak się zaczęło. – Ewa wstała i podeszła do szafki pod zlewem. Wyciągnęła butelkę wódki i dwa kieliszki.
– Dziękuję, prowadzę – powiedziałam, gdy postawiła przede mną kieliszek.
– Więcej dla mnie, jak to mówią – zarechotała. Twarz Ewy się zmieniła. Obserwowałam, jak usta ściągają się w oczekiwaniu. Oczy zabłysły dziwnym, szklistym blaskiem, jakby wódka ją wzruszała. – Tylko to po nim pozostało, ech.
– Co?
– Wóda i samotność. – Spojrzała na mnie niemalże z wyrzutem. – Tyle mi, gnój, zostawił, w zamian za oddanie i miłość.
– Jak to?
– A tak to – warknęła. Nalała i szybko wypiła pierwszy, a chwilę później drugi kieliszek. – Kochałam skurwysyna jak nikogo, a on mnie tylko w dół ciągnął. Mama mówiła, że skończę w ten sposób, ale kto się słucha rodziców, jak ma dwadzieścia lat? Teraz widzę, że dałam się omotać. Szeptał słodkie słówka i dawał kwiaty, mnóstwo kwiatów. Kradł z cmentarza, jak się okazało – prychnęła śmiechem.
– Czyli jednak się starał?
– A gdzie tam! Przed kolegami mówił, jaka to dobra jestem i ile wypić potrafię. Głowę od zawsze twardą miałam, niejednego idiotę przepiłam. Wtedy to wydawało mi się powodem do dumy, dzisiaj tylko do wstydu.
– Rozumiem.
– Gówno rozumiesz! – Charknęła i splunęła. Wypiła kolejne dwa kieliszki. Musiałam wytężać wzrok, by ją widzieć, w kuchni zrobiło się ciemno. Ewa pod wpływem alkoholu zaczęła zaciągać po śląsku. – Irek to taki chop, którego się nie odpuszczo. Pamiętom doskonale, mioł taki zwyczaj jeden, że po seksie zawsze szedł zapalić na balkon. Leżałach wtedy na łóżku i gapiłam się jak sroka w gnat. Jak świecił księżyc, dobrze widziałach. Chuj mu nieroz sterczoł tak, że podchodziłam i brałam go do gemby. A on się śmioł, żem niewyżyto.
– Ale ojcem być nie umiał – zaryzykowałam.
– Nie chcioł, prowda to. Wiec oddałam Elajzę do bidula. Roz mnie wezwano na mszo, miałach nie iść, ale Irek mioł szychta, więc poleciałach na szybko. Siedzieli w pierwszym rzędzie, dziecioki i pingwiny, zastępcze matki. Ta nazwa całkiem nieźle pasuje, ja? Ptaki nieloty i kobiety, które nie mogą mieć bajtli, przynajmij teoretycznie. I na tej mszy usiadłam łobok. Pamiętała, skubana, kim żech jest. Wtuliła się jak rzep, jakby chciała znów być we mnie, w macicy.
– Co czułaś?
– Małe ramionka zaciśnięte na szyi. – Kieliszek. – I oddech, który łaskotoł w szyja. – Łyk wódki. – I słowa, mamusiu, mamusiu, weź mnie ze sobą…
– Nie o to pytałam – przerwałam.
– Wiem – odpowiedziała ostro i tym razem pociągnęła prosto z butelki, aż do dna. Czułam ostry zapach alkoholu, bardziej wyczuwałam Ewę, niż ją widziałam. Za oknem zapadła noc. Słyszałam, jak pochlipuje cicho, ale nie miałam pewności, czy to płacz. – Wiem, że nie o to. Nie rób ze mnie idiotki. Ta mała kochała mnie, mimo że ją zostawiłam, głupie, naiwne dziecko. Nawet jak Ireneuszka zabiło później na szychcie, to żech po nią nie wróciła. Nie czułach nic wtedy, w kościele. Nic, co powinna czuć dobro matka. Czy dobre by było, gdybych ją wzięła z poczucia obowiązku?
– Nie wiem.
– Nie wiesz! – Ewa krzyknęła. Sięgnęła po zapałki i zapaliła świecę stojącą na stole. – Prądu nie mom, nie płaciłach – wyjaśniła krótko. Sięgnęła po papierosa i zapaliła. W świetle mdłego płomienia twarz kobiety wydawała się groteskowa, pełna załamań, cieni biegnących od oczu i ust, zmarszczek. – Elajza okazała się wtedy tako ciepło, pamiętom zapach jej włosów umytych szarym mydłem. Biedota wszyndzie na świecie pozno tyn smród. Chciałach, z jednej strony, żeby ta chwila trwała, z drugiej miałach ochota wyjść i iść do dom, do Irka, do łóżka, do wódki i pieprzenio. Co mogłach dać córce? Nic. – Ewa zgasiła papierosa i schyliła głowę. Zaczęła skubać skórki przy paznokciach, skupiając na tym całą uwagę. – Takie życie – szepnęła tak cicho, że ledwo zrozumiałam.
Herbata dawno wystygła, ale nie miałam odwagi wypić choćby łyka. Jak zahipnotyzowana patrzyłam na Ewę Mewę, która kiedyś musiała być piękną kobietą, a teraz wyglądała jak czarownica – potargana, brudna, pijana. Świeca rzucała nikłe światło i w kuchni tańczyły cienie. Milczałyśmy, bo nie zostało już nic do powiedzenia. Kobieta oparła ręce o stół i zanurzyła głowę w dłoniach. Zastanawiałam się, czy żałuje tego, co zrobiła, czy płacze, ale po chwili usłyszałam chrapanie.
Wstałam najciszej, jak umiałam, i wylałam herbatę do zlewu. Lepiące ręce postanowiłam umyć, kiedy tylko wrócę do domu.
Zdmuchnęłam świeczkę i ruszyłam do wyjścia. W ciemności poczułam się pewniej.
*
Wróciłam do mieszkania późno, po północy. Zajrzałam do pokoju córki, paliła się nocna lampka, więc mogłam przyglądnąć się jej twarzy, gładkiej i zarumienionej od snu. Oddychała głęboko.
Jak można nie kochać swojego dziecka?, pomyślałam.
Poszłam do pokoju i z barku wyciągnęłam szklankę i butelkę whisky należącą do męża. Nalałam odrobinę i wypiłam. Alkohol palił w gardło i rozlewał się ciepłem w brzuchu. Uzupełniłam szklankę, tym razem większą ilością. Stanęłam przy oknie, obserwowałam pustą ulicę. Myślałam o kobiecie, która musiała być samotna i nieszczęśliwa, ale nie czułam żalu ani litości.
Wylałam resztkę alkoholu do zlewu i umyłam szklankę.
Przed snem chciałam pójść do córki, pocałować ją na dobranoc. Jeden z matczynych rytuałów, których nigdy nie odpuszczałam, ale zanim weszłam do jej pokoju, poszłam umyć zęby, by przypadkiem nie poczuła zapachu wódki od matki.
Tak jak ja od swojej tego wieczoru, kiedy postanowiłam ją poznać.