Dzielnica wygląda niczym trup, na wpół zgniły, z zaropiałymi oczami ciemnych okien, ze szczerzącymi się otworami bram i klatek schodowych. Otulający budynki smog przypomina szal narzucony na szyję zmarłej kobiety. Miasto kona powoli, przygniecione smrodem, zniszczone biedą i ludzką głupotą. Pierwsze podmuchy zimy przeganiają krótką, intensywnie deszczową jesień. Rude, brudne kamienice przywodzą na myśl kaleki. Osypujący się w niektórych miejscach tynk odsłania nagie ściany i bloki wyglądają niczym upstrzone trądem, z ranami po strupach wokół okien i balkonów.
Deszcz siecze budynki kroplami ostrymi jak gwoździe. Zostawia na ścianach zacieki podobne do łez. Woda spływa ulicami, zabiera puste puszki po piwie, które odbiją się od krawężników brzękliwie, foliowe torebki po chipsach, namoknięte filtry papierosów, resztki jedzenia. Rzeka syfu szemra cicho, śmieci zatrzymują się przy kratce ściekowej, brzęczą niczym monety, kiedy popycha je kolejna fala. Rozgarniam je ręką, bo szkoda moczyć buty. Rzadko coś upoluje. Odpadki mają to do siebie.
Może najpierw powinienem się przedstawić? Cóż. Kiedyś z dumą wypiąłbym pierś i wydatny brzuch, podniósł dłoń, na której zalśniłby złoty sygnet, uśmiechnął się i potrząsnął trzema podbródkami. Teraz mogę jedynie pochylić zarośniętą głowę, wzruszyć ramionami i prychnąć. Stasiek jestem. Stanisław znaczy, Wojnarski. Kiedyś wielu kiwało głowami na znak szacunku, słysząc personalia. W oczach pojawiał się strach przed miejscowym przedsiębiorcą, który dorobił się na uboju krów. Majątek szacowano na setki tysięcy złotych. Willa stała się obiektem zazdrości, a żona pożądania. Tak. Stare dzieje.
Mijam kratkę ściekową i pełznę dalej, przytulam się do kamienic, jakby mogły mnie uchronić przed ulewą. Obchodzę blok, na którym jakiś idiota wysprejował: „Hitler, tato. Wróć!”. Prawie nie zwracam na slogan uwagi. Hitler jest tak samo martwy jak ja, chociaż on przynajmniej tego nie wie. Nie czuje. Chyba że gnije w piekle…? We mnie pozostały jeszcze uczucia, strzępy emocji, które wyrzyguje codziennie wieczorem do pustego, zasmogowanego nieba. Nikt nigdy nie odpowiada. Może Boga nie ma?
Pewnie zastanawiacie się, jak to się stało, że ze Stanisława Wojnarskiego, przedsiębiorcy, męża, ojca i bogacza stałem się Staśkiem, który błąka się po ulicach miasta M., gdzieś na Śląsku. Gdybyście spytali jakiegokolwiek bezdomnego, odpowiedziałby tak samo. Wielu to ludzie, których zabiła pycha. Egoizm. Egocentryzm. Jak to jeszcze nazwać? Pławiliśmy się w luksusach, zapomnieliśmy o tym, co ważne.
Rzucam się przez ulicę tuż przed samochodem, igram z losem, śmieję mu się prosto w twarz. Kierowca wygraża pięścią, słyszę stłumione szybą przekleństwa. Nic sobie z nich nie robię. Może mnie w końcu który przejedzie? Człapię. Pociągam nogami po chodniku, resztki butów szurają po podłożu. Mijam paniusie. Jedna siedzi w oknie, wydatny biust usadziła na parapecie. To nic, że leje. Druga ma parasol z chińskim kotem, białym z kokardą. Już chyba za stara na takie badziewie, ale co ja tam wiem? Wypadłem z obiegu dawno temu. Zresztą nawet mnie to nie interesuje. Kiedyś ugięłyby się w ukłonach, zapłonęłyby krągłe policzki, a biusty poszłyby do przodu. Czasy tak zamierzchłe, że nawet nie wiem, czy mnie poznają. Chyba oszukuję sam siebie, oczywiście wiedzą, kim jestem. To moje błogosławieństwo. To moje przekleństwo.
Pierdzę, kiedy przemykam obok. Niech smród niesie się do ich nowobogackich nosów, do nozdrzy upiększonych kolczykami i mazidłem, które miało maskować niedoskonałości, a tylko je podkreśla. Gardzę nimi prawie tak bardzo jak samym sobą. Chichoczę, kiedy dobiegają mnie ich oburzone głosy.
Na początku mi przeszkadzało, że ludzie się gapią. Niby odwracają spojrzenie, ale świdrują wzrokiem, analizują, porównują, sycą się porażką. Wstyd nie opuszczał mnie przez pierwsze pół roku. Teraz lubię ich wkurwiać. Ale wróćmy do początku, skoro już opowiadam. Lata temu firma prosperowała świetnie, a dochody zapewniały dostatnie życie. Taaak. Pamiętam jak przez mgłę wannę z nogami na złoconych lwich nóżkach, największy kaprys. Po robocie zaszywałem się w barach i kasynach, za nic miałem prośby żony. Szampan uderzył mi do głowy mocniej niż sądziłem. W swojej pysze miałem pewność, że to kontroluję. Że kontroluję przede wszystkim siebie.
Mijam żonę. Dziwię się, że żyje w miejscu, którego nienawidzi. Nie odezwała się ani słowem, odkąd do domu weszli komornicy. Zawsze tylko patrzy, jak i dzisiaj, a jej oczy przypominają kawałki meteorytu. Schudła znacznie, na dłoniach uwypukliły się żyły. Żółte włosy ma w nieładnie, zupełnie inaczej niż zwykle. Tym razem mnie zatrzymuje:
– Staszek – szepcze. Odwracam się, mam wrażenie, że się przesłyszałem. – Staszek – powtarza nieco głośniej.
Głos ma chrapliwy od papierosów. Właśnie wysupłuje jednego z paczki i zapala. Nerwowe ruchy i mnie wprawiają w niepokój. Chcę zapalić, ale nie częstuje mnie, więc chowam ręce w kieszeniach.
– No?
Cóż innego mam odpowiedzieć? Przeprosić, skoro łaskawie zwróciła na mnie uwagę? Wyjaśnić, chociaż niewiele jest do mówienia? Klęknąć i ukorzyć się?
Nigdy!
– Ludka zaginęła.
Ściska mnie w żołądku coś innego niż permanentny głód. Oślizgły strach pełznie wzdłuż przełyku, chce się wyrwać na zewnątrz ustami – krzykiem. Zaciskam wargi, kręcę głową.
– Na policję idź – radzę.
Chcę odejść, ale mnie powstrzymuje. Wzdryga się, gdy czuje, jak brudna jest moja kurtka, jak lepi się i cuchnie. Wykrzywiam kącik w parodii uśmiechu. Już nie te czasy, kiedy kąpałem się trzy razy dziennie w wannie na złotych lwich nóżkach.
– Ktoś ją porwał, patrz. – Wyciąga z torebki papier, pomięty, upaprany tuszem do rzęs i łzami. Czytam pobieżnie, później drugi raz analizując każde słowo. – Zrób coś! – warczy mi do ucha.
Nie przeszkadza jej smród. To dziwne.
– To Ludka, Staszek, Ludka! – Podkreśla to jeszcze kilkakrotnie.
Odpływam we wspomnienia. Najstarsza córka, pierwsze dziecko, które trzymałem w ramionach. Nieprzespane noce, bezzębne uśmiechy, pierwsze kroki. Stop! Rozklejam się,a przecież mi nie wolno. Nie widziałem dziewczyny od ponad dziesięciu lat, teraz ma… Szybko liczę. Dziewiętnaście lat. Jest już kobietą.
– Ona nie chce mnie znać – mówię szorstko. Wspomnienia poruszają, nie chcę tego przyznać sam przed sobą. Nikt nie może zobaczyć słabości. Ulica od razu rzuci mi się do gardła, jeśli ją odgadnie. – Daj mi spokój.
– Znasz to miejsce jak własną kieszeń. – Szeleści mi papierem przed nosem. – Zwyrodnialec przetrzymuje ją pewnie w którejś z piwnic. Staszek!
– Policja zrobi to lepiej. – Wymijam ją.
Chcę iść w swoją stronę. Wygrzebać ze śmietnika obiad, wyżebrać na butelkę wina, schlać się i zapomnieć. Rodzina to zardzewiałe słowo, nic już nie znaczy. Kiedy Wioleta odeszła z Ludmiłą i Mirkiem, całkowicie się załamałem. Ale czy mogę ją winić?
Nie.
Nie mam do tego prawa.
Ale i ona nie może żądać, że rzucę wszystko (prycham w duchu na absurdalności tej myśli) i będę zgrywał bohatera. Chociaż Ludka… Ludka… Jej imię kołacze mi w głowie. Moja mała córeczka. Doskonale pamiętam ciepło malutkich palców, kiedy ufnie mnie chwytała i szmer oddechu przy uchu, kiedy kładłem ją spać. Serce rozrywa się na kawałki. Myślę o tym, co ten skurwiel z nią robi.
Wioletka czeka. Obserwuje, ale twarz ma niczym maskę, minę nieodgadnioną. Nigdy nie potrafiłem w niej czytać. Ożeniłem się, bo miała zgrabną dupcię, dobrze się prezentowała i była nieco głupiutka. Wtedy. Teraz dojrzała. Widzę, co straciłem. Nie mam ochoty jednak tego roztrząsać. Czy jestem winien Ludce pomoc?
Tak. Tak postępuje ojciec.
Deszcz przestaje padać i gdzieś spoza chmur przebija słabe słońce. Myśl, że moja córka mogłaby go już nigdy nie zobaczyć, jest nie do zniesienia. Dreszcze ogarniają mi ciało.
– Daj pięćdziesiątkę – mówię i wyciągam rękę.
– Pojebało cię? – krzyczy Wioleta. – Po chuj ci moja kasa?
– Jak mam szukać Ludki głodny i spragniony? – odszczekuje. – Hę?
Żona z niechęcią sięga do torebki, gmera długo, nie potrafi znaleźć portfela. Wysupłuje banknot z którejś kieszonki i wciska mi w dłoń.
– Nie przepij – zastrzega. – Masz ją znaleźć.
– Nie chleję już, czegoś się nauczyłem – zapewniam.
Wioleta odchodzi, obcasy stukają o bruk. Obserwuję ją, dopóki nie zniknie mi z oczu.
*
Czkam. To wybudza mnie z pijackiego, głębokiego snu. Zapadła noc, widzę gwiazdy, niebo się rozpogodziło. Leżę w śmietniku, między kontenerami, na skrawku starego, przegniłego materaca. Obok trzy flaszki po winie i resztki żarcia. Chowam je po kieszeniach, trzeba je wykorzystać, nic nie może się zmarnować. Teraz to wiem. Jako bogacz marnowałem tony żarcia. W restauracjach, w domu. Król, kurwa, życia.
Głupiec.
Mimo obietnicy danej Wioletcie piłem cały wieczór. Nałóg jest silniejszy, a rzadko zdarza się taka uczta. Zasługuję przecież na coś dobrego od czasu do czasu. Nie myślę o przyszłości, wydałem całą kasę zeszłego wieczoru. Lubię oszukiwać sam siebie. Udawać, że nie jestem uzależniony, że mogę to kontrolować. Dlatego ignoruję trzęsące się dłonie. Chwytam flaszki po kolei i przykładam do spragnionych, spierzchniętych ust, jednak ani kropla nie spływa do wysuszonego gardła. Wiele problemów miało źródło w alkoholu. Ironiczne. Nigdy nie przepadałem za wódką, whiskey śmierdziała, a wino zawsze wydawało się kwaśne. Kupowałem kolorowe, słodkie drinki i popijałem. To mnie zgubiło.
Zapadam w drzemkę. Śni mi się Ludka.
Jasne włosy rozwiewały się na wietrze, kiedy bujałem ją na huśtawce. Zawsze za nisko, zawsze żądała, żeby wyżej. Lepkie dziecięce dłonie obejmujące szyję po całym dniu zabawy, kiedy niosłem ją do łazienki. Śmiech, kiedy wpadała do łóżka rodziców w niedzielny poranek.
Wybudzam się, kiedy jakiś żul grzebie mi w kieszeniach. Kopię go nieporadnie, odskakuje, cofa się przyczajony niczym kot gotowy do skoku.
– Córkę ci zakosili – charczy.
Zrywam się, chwytam go za szmaty i przyciągam. Oddech starucha śmierdzi zgniłymi orzechami włoskimi. Czuję, że wczorajsza kolacja fika w żołądku. Nieco się odsuwam, ale nadal trzymam mocno.
– Co wiesz, skurwielu?! – syczę mu w twarz.
To stary wyjadacz, nie boi się. Ręce drżą mu z pragnienia. Kaprawe oczy mruży w szpary, ledwo widzę żółtawe białka.
– Baby ploty sieją. Nie mieszaj się w to, Stachu. Po koleżeńsku radzę – odpowiada.
Puszczam go. Siadam na materacu, wyciągam z kieszeni kawałek bułki i mu podaję. Łapie niczym sroka błyskotkę i wsuwa naraz do ust. Prawie się krztusi, ale gryzie wytrwale. Połyka i chwilę siedzi w milczeniu. Syci się chwilą, smakiem chleba, okruszkami w resztkach zębów. Wiem, że wydłubuje je z dziur językiem. Już mnie to nie rusza. Nie pozwalam sobie na pawia, żarcie jest zbyt cenne.
– Ten cherlawy spod dwójki w Alcatraz, kojarzysz?
– Przeszczep pierdolony z długimi włosami? Jak mu tam? Ospa? – zgaduję.
– Ten sam – potwierdza. – Ostatnio czai się wyincyj niż zazwyczaj. Przyjrzyj się chujowi. I dużo więcej w Biedrze kradnie. Pewno nie dla siebie, a z takim ryjem to se panny na pewno nie przygruchał.
Kurwa. Kurwa jebana mać, klnę w duchu. Ospa to psychol, nikt z nim nie zadziera, bo jest nieobliczalny. Zdarzało się, że zrzucał z balkonu telewizor, noże albo martwe zwierzęta. Nie odzywa się do nikogo, ale też nikt się nim nie interesuje. Taki cichy układ.
– Nie ruszysz go – odzywa się staruch. Drapie się po policzku, płaty skóry zostają pod paznokciami. A może to tylko brud? Trudno ocenić. – Lepiej zapomnij, żeś mioł córke. Stachu, dobrze radze.
Zaciskam pięści i resztki zębów. Szczęka rezonuje bólem. Gybis dawno mi ukradli. Ospa znany jest z okrucieństwa, jego ofiary często są wywinięte na drugą stronę. Zaginęło kilka kobiet, ale nikt nigdy go z tym nie powiązał. W dzielnicy krążyły tylko plotki. A teraz może mieć moją Ludkę. Kurwa, na samą myśl dostaje jebanej gęsiej skórki. Co mam robić, do jasnej pizdy!?
– Odpuść. – Staruch wstaje. Kładzie mi cuchnącą gównem dłoń na ramieniu. Strząsam ją z odrazą. – Już po niej.
Te słowa podrywają mnie do działania. Wstaję, kopię butelki, które turlają się z brzdękiem.
– Jeszcze się okaże – warczę.
– Jesteś trupem. Ciebie też dojebie.
– Przecież ze mnie już nieboszczyk – odpowiadam. – Spójrz tylko na mnie. Chuja mam do stracenia.
– Życie? – podpowiada staruch, ale widzę, że kpi.
Prycham w odpowiedzi, wymijam go i idę. Krok mam dziarski, mięśnie napięte. Jestem w stanie wygrać choćby i z Kaligulą, gdyby mi teraz stanął na drodze. Jednak w miarę zbliżania do Alcatraz tracę animusz. Nie istnieje Stanisław Wojnarski, który pracowników trzymał za mordy, w przenośni i dosłownie. Regularnie prałem Wioletkę, kiedy sądziłem, że zasłużyła. Miała być posłuszną suką. Teraz tracę impet. Wojnarski zdechł. Sczezł. Rozjebały go długi i uzależnienia. Ospa jest młody, ma rentę, więc żre regularnie. Nie chla, bo by stracił kasę. Jest mocny, o wiele mocniejszy. Jak mogę się z nim równać?
Zawracam i przystaję. Przed oczami staje twarz Ludki, ma piegi na nosie i szczerbaty uśmiech. Nawet nie wiem, czy bym ją teraz poznał. Kurwuję w duchu i okręcam się na pięcie.
Alcatraz.
Długi blok z otwartą klatką schodową z barierką. Żeby dojść do konkretnego mieszkania trzeba pokonać lęk wysokości i iść po nadgryzionych czasem korytarzach. Widok z góry zapierający dech. Dlatego mieszkają tu świry, niepełnosprawni i tak biedni, że bardziej się nie da. Alcatraz to ostatni przystanek do śmierci. Wioletta tu mieszka z dzieciakami. Taki byt zapewniłem rodzinie.
Ja pierdolę.
Siadam na krawężniku i wpatruję się w okna pod dwójką. Żadnego ruchu. Ospa często wychodzi nocami, w dzień odsypia. Przez brudną firankę hartowaną w róże niewiele widać. Myślę o tym, co wiem o Ospie. Matka ostro ćpała w ciąży, zaraz po porodzie koleś zachorował. Ciało ma podziurawione, bo matka zdrapywała strupy, a on darł się wniebogłosy. Mówią, że to przez to jest taki popierdolony, ale nie wiem. Może dragi uszkodziły mu mózg? Jedno jest pewne, nieobliczalny z niego skurwysyn.
Siedzę tak do wieczora, udaję naćpanego i podpitego, żeby dali mi spokój. Głowa pęka, najchętniej bym się napił. Wyżebrane w ciągu dnia drobniaki ciążą w kieszeni, macam je co chwilę. Ospa nie ucieknie, tłumaczę sobie. A wino dobrze mi zrobi. Wyciągam monety, przeliczam, chowam. Musze ratować Ludkę. To najważniejsze. Liczą się godziny.
*
Budzę się przed świtem. Przecieram oczy i klnę, bo tak mnie boli ciało. Obok butelki po winie. Znów. Wstaję. Alcatraz odcina się ostro od jaśniejącego nieba. Okna budynku są brudne, przesłonięte kawałkami szmat, tiulowymi firankami albo gazetą. W niektórych brakuje szyb, tam ich rolę pełnią kartony po papierosach. Ze swojego miejsca przy śmietniku widzę Ospę, który wychodzi z domu. Nie zamyka na klucz tylko trzaska drzwiami, wkłada ręce do kieszeni i przemyka w cieniu. Na piętrze widzę Wioletkę, która opiera się o barierki i zapala papierosa. Kiwam jej głową, ale mnie nie widzi albo udaje. Mam to w dupie.
Drzwi pod numerem drugim skrzypią, kiedy je uchylam. Uderza mnie smród, ale zaciskam zęby i wchodzę dalej. Panuje półmrok, Ospa zaciągnął zasłony. Mieszkanie nie jest duże, zaledwie dwa pokoje, klaustrofobiczny kibel i mała kuchnia. Coś pyrka na gazie, pachnie nawet smakowicie. Fetor nieco ustał albo się przyzwyczaiłem. Czuję się dziwnie z pomieszczeniu. Odkąd mieszkam na ulicy, rzadko przebywam w mieszkaniach. Osaczają mnie ściany, bania łupie od nadmiaru wina. Suchy język wypełnia usta, spuchnięty.
Wchodzę do dużego pokoju i duszę krzyk. Odór choroby miesza się z metalicznym zapachem posoki. Kobieta siedzi na krześle, twarz ma zasłoniętą workiem, który kiedyś miał biały kolor, chyba. Ospa ściągnął z jej piersi skórę, wyglądają teraz groteskowo, odcinają się od białego, pobrudzonego krwią ciała.
Nogi się pode mną uginają. Nie mogę uwierzyć, że zrobił to Ludce. Mojej małej, piegowatej córeczce. Gniew zapala się, buzuje, kipi w żyłach. Rozsadza od środka wściekłością, której nie jestem w stanie okiełznać. Poprzysięgam zemstę. Mam ochotę zabić skurwiela, ale najpierw muszę uwolnić moje dziecko! Podchodzę ostrożnie, na palcach. Widzę, że worek porusza się w miejscu, gdzie Ludka ma usta. A więc żyje!
Jednym szarpnięciem zdzieram szmatę. Blond włosy, długie do uszu, policzki poorane do kości, wycięte usta. Ludka wygląda, jakby szczerzyła zęby do aparatu. Brak tu jednak kamer. Wiem, że kiedyś chciała być aktorką i jestem ciekaw, czy to marzenie w niej zostało. Niestety już nigdy nie zagra. Ospa wyciął jej powieki. Jednego oka nie ma, drugie zaczerwienione. Patrzy na mnie z wyrzutem, z obrzydzeniem.
– Tata – chrypi tak, że ledwo rozumiem.
Mam ochotę wyć.
– Znalazłem cię – mówię. – Jestem przy tobie. Będzie…
Kurwa, co mam powiedzieć, że się ułoży? Ni chuja nie. Wystarczy spojrzeć na strzęp człowieka, który przede mną siedzi. Kiedy chcę uwolnić jej ręce, zauważam, że Ospa wyrwał jej paznokcie. U stóp też.
– Tato – mówi znów, kiedy próbuję ją podnieść.
Szczupła, a ciężka. Albo to ja opadłem z sił. Zapiera się. Zmusza, żebym jej posłuchał, choć ten bełkot trudno nazwać mową.
– Zabij mnie.
Szabiii mnee. Tak to brzmi.
Dopiero po chwili dociera do mnie sens jej słów.
– Ludka, wyciągnę cię z tego. – Znów próbuję ją unieść. Odpycha mnie słabo, więc daję spokój. – O co ci chodzi? – szepczę ze złością.
Patrzy tym jednym okiem. Jest niebieskie, teraz sobie przypominam, że od zawsze miała tęczówki jak niebo albo niezapominajki. Na chwilę zagłębiam się we wspomnieniach. Znów jestem wielkim Stanisławem Wojnarskim. Królem życia. Mam rodzinę, piękną żonę, mam gdzie mieszkać, co żreć i mogę spać do południa.
Mam córkę, która we mnie wierzy. Jest ufna, chociaż czasami kłamię jej perfidnie, byle tylko dała spokój. Dorabiam się też syna, z którego mogę być dumny. Chcę, by przejął po mnie biznes. Mirek siedzi w poprawczaku, a Ludka na krześle przede mną. Błaga.
– Zrób dla mnie chociaż raz coś dobrego – prosi.
Chcę zaprzeczyć. Miała dobre życie, dopóki się nie posypałem. Zastanawiam się, czy może to pamiętać, ale nie mam teraz czasu. Muszę podjąć decyzję, zanim Ospa wróci.
– On je je – mówi Ludka. Patrzę zdezorientowany, nie rozumiem, więc powtarza: – On je je. Te kobiety. Mnie. Gotuje i zjada, kawałek po kawałku – tłumaczy.
Nie chcę mi się wierzyć. Ludka krzyczy krótko, kiedy wychodzę do kuchni. Pewnie myśli, że uciekam. Nachylam się nad garnkiem, wsadzam drewnianą łyżkę i podnoszę to, co nabrałem. Pas skóry z piersi Ludki. Ten z sutkiem.
Kurwa! Ja pierdolę. Nie mieści mi się w głowie, co to za potwór. Nie mogę pozwolić, żeby zeżarł Ludkę, na miłość boską.
Przez chwilę myśli krążą wokół Boga, którego nie ma. Gdyby istniał, nie dopuściłby do czegoś takiego, prawda? Prawda, kurwa?
Zagryzam wargi, aż nie przebiję ich pieńkami zębów. Wyję w duszy, choć myślałem, że już jej nie mam. Wracam do pokoju. Ludka leży na podłodze i jęczy. Z piersi znów sączy się krew, spływa po nagim ciele. Chcę odwrócić wzrok, nie widzieć nagości mojego dziecka, ale gapię się jak ostatni idiota. Nawet coś drga mi w spodniach i czuję do siebie nienawiść.
– Tatuś… błagam.
Podchodzę powoli. W dłoni trzymam nóż, który zabrałem z kuchni. Duży, o czerwonej rączce do krojenia mięsa. Jak mam ją zabić?, myślę gorączkowo. Wbić w serce czy poderżnąć gardło. A może otworzyć żyły? Kurwa. Nigdy nie zabiłem człowieka!
Decyduję. Przekręcam ją na plecy i dźgam kilka razy. Oko gaśnie powoli, a Ludka uśmiecha się do mnie wszystkimi zębami. Ładne miała, zadbane. Wsadzam nóż za pasek spodni i wychodzę. Nie zauważam Ospy, to dobrze. Idę do Wiolety, na pierwsze piętro. Jeszcze nie wyszła do roboty, zbliża się siódma.
– Zadzwoń po psy. Ludka nie żyje – mówię, kiedy otwiera drzwi. – Ospa ją ma, pod dwójką.
Wypowiadam te słowa i się załamuję. Nogi odmawiają posłuszeństwa, siadam na schodkach. Wioleta zapala papierosa, powstrzymuje szloch, dzwoni, coś tłumaczy, wrzeszczy histerycznie. Ospa wraca do mieszkania, gdzieś w oddali słychać policyjną syrenę. Na błękitnym niebie płyną białe chmury.
Czy gdzieś tam jest moje dziecko?
Wioleta ślimto, ale jej nie pocieszam. Patrzę z góry, jak podjeżdżają radiowozy, jak wyprowadzają Ospę. Pełno gapi wszędzie. Ludzie przystają, lampią się i komentują. Niektórzy wskazują Wioletkę, więc wstaję i odchodzę. Nie chcę być częścią tego pośmiewiska.
*
Wioleta wybrała dla Ludki białą trumnę. Na pogrzeb wypuścili też Mirka, wysoki jest, postawny, ale na twarzy ma ślady ulicy, których nigdy się nie pozbędzie. Wiem, że nie wyjdzie na ludzi. Zniszczyłem go ja i ta pierdolona dzielnica.
Człapię gdzieś z tyłu, mimo że umyłem się w fontannie i ukradłem nowe, czyste rzeczy. Włosy przylizałem na ślinę i wyglądam prawie jak człowiek. W kieszeni pobrzękują drobne, za które schleję się na amen zaraz po uroczystości. Dziś dużo wyżebrałem, dobry dzień.
Dziwnie jest oglądać śmierć dziecka. I pogrzeb. Mieć świadomość, że w tym sosnowym pudle leżą zwłoki małej, piegowatej córeczki. Przełykam gulę blokującą gardło. Ludka stała się kobietą. Nie zasługiwała na to, a jednak ją to spotkało. Żałuję, że nie zabiłem Ospy. Wsadzili go do wariatkowa, bez procesu, bez kary. Ot, niepoczytalność. Będzie siedział jak pączek w maśle, będzie mieć dostęp do książek, dobrego jedzenia i wszelkich wygód.
Ja wrócę na śmietnik, gdzie moje miejsce.
Po wszystkim, kiedy większość ludzi ucieka z cmentarza, podchodzi do mnie Wioleta. Nie pozwala Mirkowi się zbliżyć, może to i dobrze.
– Ty ją zabiłeś. – Dźga mnie w klatę pomalowanym na czerwono paznokciem.
Tusz spłynął jej po opuchniętej twarzy, włosy wyglądają niczym ptasie gniazdo. Przez chwilę robi mi się zimno. Skąd wie? Dopiero po chwili sobie uświadamiam, że ma coś innego na myśli.
– Tak – odpowiadam. – Tak.
– Jesteś nic nie znaczącym śmieciem. – Ociera łzy. Szare cienie zostawiają smugi na skroniach. – To twoja wina!
– Tak – powtarzam.
Wioletka odchodzi. Bierze Mirka pod rękę, kołysze się na zbyt wysokich obcasach. Czarna sukienka mocno opina szczupłe ciało. Nadal jest atrakcyjna, ale tylko widziana z tyłu.
Wsuwam dłonie w kieszenie i wracam na stare śmieci. Nic nie jest już takie samo. Życie wypierdoliło się po raz kolejny do góry nogami. Nocami, kiedy nie chleję i zachowuję świadomość, prześladuje mnie żywe, pełne prośby oko Ludki. I jej uśmiech.
Nie wiem, jak długo będę potrafił z tym żyć. Gałęzie drzew stały się nagle kuszące. Mówią, że kiedy mocno wieje, ktoś się huśtnął. Ciekawe, czy będą tak mówić po mojej śmierci.
Chociaż…
Czy można umrzeć dwa razy? W końcu to, co opowiadam, to fragment pamiętnika nieboszczyka, czyż nie?