Pierwszym wspomnieniem, które potrafię przywołać z pamięci, jest moment, w którym matka spojrzała na mnie po raz ostatni. Mogłam mieć niecałełe pięć lat, rozbuchane lato wtłaczało się do mieszkania przez otwarte drzwi balkonu, przynosiło zapach kwiatów i rozgrzanej ziemi. Siedziałam na dywanie, wiatr owiewał spocony kark, włosy lepiły się do czoła. Krzątanina mamy w rozpromienionej słońcem sypialni nie wydawała się niczym dziwnym, ot kolejny dzień, kiedy sprząta, nuci pod nosem, nerwowo zapala papierosa i staje na rozgrzanych balkonowych płytkach. Nie mogłam sama tam wychodzić, nauczyły mnie tego klapsy, ofiarowane z pozorną miłością i troską o to, bym nie spadła z trzeciego piętra rudej kamienicy gdzieś pośrodku Śląska. Nie podejrzewałam, że zapach kurzu i skóry to zapach starej walizki wyciągniętej spod łóżka. Pamiętam doskonale tę woń, kiedy czuję ją czasami w teraźniejszości, cofam się o te kilkanaście lat, by zobaczyć matkę o włosach skręconych w loki, opadających na ramiona i grzywką na czoło. Układała ciuchy z pedanterią, powoli i dokładnie, jakby się bała, że zagniecenia odcisną się na materiale już na trwałe. Wzdrygnęłam się, kiedy zatrzasnęła wieko i zasunęła walizkę, kiedy dźwignęła ją ze stęknięciem, tak musiała być ciężka.
Przez mgłę zapomnienia wyłania się z pamięci jej obraz. Jakby z wyblakłej fotografii patrzy na mnie kobieta o półdługich włosach, z twarzą naznaczoną niewyrażonym smutkiem, z oczami błyszczącymi, kto wie, może od łez? Kiedy wyszła, ukradkiem wymknęłam się na balkon, mimo że wiedziałam, że mi nie wolno. Podskórnie czułam, że coś się zmieniło. Chwyciłam mocno barierkę, ścisnęłam z całych sił, wpatrywałam w mamę, ale się nie odwróciła. Nie wystraszyła mnie nawet burza, której groźne pomruki słyszałam z daleka. Nie wygonił mnie deszcz i dopiero gdy tata wrócił do domu, oderwał mnie od balustrady i od tego ostatniego, jakże cennego wspomnienia o matce.
To jednak historia ojca, bo to on od tamtej pory wypełniał całe moje życie. Z mrukliwego mężczyzny, którego widywałam jedynie wieczorami, stał się kucharką, sprzątaczką, opiekunką zranionych kolan, opowiadaczem bajek, lekarzem, milczącym spowiednikiem, opiekunem złamanego nieraz serca. Przyjął każdą rolę, która należałaby w normalnej sytuacji do matki i teraz, z perspektywy czasu, uważam, że spełnił się w każdej perfekcyjnie. Właściwie doceniam to dopiero w tym momencie, kiedy jako dorosła kobieta patrzę na tatę, siedzącego w ulubionym fotelu.
Mam trzydzieści pięć lat i życie wypełnione po brzegi, a jednak lubię co tydzień wracać do tego mieszkania. Barierka, do której przytulałam się w dzień odejścia matki wygląda tak samo, może jest nieco bardziej obdrapana z farby, i drzewa są nieco wyższe niż zapamiętałam. Ten dom pachnie klejem i papierem, chociaż ojciec już od dawna nie buduje modeli samolotów. Uwielbiałam mu się przyglądać, kiedy siedział skupiony, w okularach na czubku nosa, tak że zawsze się bałam, że spadną. Palce miał z kleju, twarde i szorstkie, paznokcie krótkie. Zaraził mnie tą miłością, dlatego zostałam stewardessą i zwiedzałam świat. W powietrzu czułam się wolna, a samoloty również prywatnie stały się moją pasją. Miałam zamiar niebawem zostać pilotem. Poniekąd spełnić marzenie taty, któremu nigdy się to nie udało.
Chciałabym mu tyle powiedzieć; temu człowiekowi zagłębionemu w świat dawno odeszły. Jego oczy widzą, jednak nie tę rzeczywistość, co ja. Czasami wspomina Jankę, która wyszła z domu i nigdy nie wróciła. Woła ją i wyciąga dłoń, jakby mógł złapać ulotne wspomnienie. Kładę mu wtedy ręce na ramionach i śpiewam cicho. Nie w każdy weekend mogę go odwiedzać, polegam na obcych, których dobre serca opiekują się tatą podczas moich podróży.
Nie zawsze żyliśmy w zgodzie. Miłość taty objawiała się szorstkością głosu albo upartym milczeniem. Nieraz próbowałam się domyślić, dlaczego się gniewa, ale tajemnice jego humorów zawsze pozostawały niewiadomą. Dorastałam więc w jego cieniu, nie zauważałam codziennych drobnych starań, najpierw stęskniona za matką, a później rozwścieczona przez hormony. Kiedy przyszła pierwsza miesiączka, ojciec bez słowa wręczył mi pięćdziesiąt złotych na środki higieniczne, a gdy chciałam z nim porozmawiać, warknął tylko, „że to nie tematy dla mężczyzn”. Rozmawiałam więc z przyjaciółkami, szkolną higienistką i czytałam, co tylko znalazłam w bibliotece na ten temat. Stawałam się kobietą w świecie mężczyzny tradycyjnego, skupionego na pracy, którego obowiązki domowe denerwowały. Wielokrotnie powtarzał, że to kobieta powinna cerować skarpety, bo on swoimi wielkimi dłońmi nie umiał utrzymać igły.
Teraz nie potrafił nawet napić się herbaty. Ręce stały się niezgrabne, wykręcone i drżące. Podaję mu więc filiżankę, ocieram usta z gorącego płynu, który i tak kapie na świeżą koszulę. Wzrok tato ma zamglony, nieobecny. Kucam przy fotelu, patrzę za okno, ale nie widzę tam nic niezwykłego. Ot, kilka drzew, chmury na błękitnym niebie, powoli zachodzące słońce. Ojciec wszczepia się palcami w moją dłoń, aż powstrzymuję syk bólu.
– Kim jesteś? – pyta.
– Nelka, tatuś – odpowiadam.
Jak zawsze. A on zawsze na nowo zapomina. Mam od jego paznokci głębokie ślady na ramionach i dłoniach.
– Nelka – szepcze do siebie.
Mam wrażenie, że ucieka w głąb siebie, cofa się znów o te lata, do dnia, kiedy zastał mnie samą na balkonie, przemokniętą od burzy i zrozpaczoną. Wtedy wziął mnie do wanny i umył, przygotował ciepłą kolację, ale i tak zachorowałam. Kiedyś mi powiedział, że modlił się nade mną całe dnie, kiedy leki zapisane przez lekarzy nie działały, a gorączka sprawiała, że odpływałam. Nie pamiętam. Wspomnienie o matce jest ostre, ale po nim następuje czarna plama. Z oceanu retrospekcji wyławiam kolejne widma: pierwszy dzień szkoły, ojciec zabierający mnie na lody, nauka jazdy na rowerze, wizyty na placu zabaw, imprezy urodzinowe, kłótnie.
Wzdycham.
Ile bym dała, żeby cofnąć czas? Zamazać te słowa, które w wybuchach złości rzucałam mu w twarz. Gładzę go po ręce, już się uspokoił. Być może odnalazł mnie w odmętach umysłu, w zaplątanej sieci relacji międzyludzkich, których doświadczył przez lata.
– Tatuś – mówię spokojnie.
Nie reaguje.
– Tatku – powtarzam, gładzę lekko zarośnięty policzek.
Nie umiem porządnie go ogolić, nie, kiedy protestuje. Jest w nim pewna duma, która nie pozwala mu na poddanie się zabiegom bez urazy. Widzę w jego twarzy odbicie wstydu, odwraca wtedy wzrok i mnie unika. Zabiegi pielęgnacyjne stają się coraz trudniejsze, tatuś zachowuje się jak dziecko, nie chce wejść do wody, bo „za gorąca”, „za zimna”, „zbyt letnia”, bo obrzydza go ta stara, pożółkła wanna z odpływem, który kojarzy mu się z maszynką do mięsa. Boi się dotknąć go nogą, żeby mu przypadkiem nie zmieliło pięty albo całej stopy. Kurczy się, kuli w sobie, zasłania męskość, bym tylko nie patrzyła, a przecież odwracam wzrok, bo dla mnie to też niekomfortowe.
Bywało, że nie brał kąpieli kilka dni, bo sąsiadki nie są aż tak uczynne. Przecież to nie ich rodzina, jedynie człowiek znany z klatki schodowej, mężczyzna, który od czasu do czasu pomagał wnieść siatki do mieszkania albo podlał kwiaty, gdy akurat wyjechały na wakacje. Osoba ojca sprowadza się teraz do tych kilku opinii obcych ludzi o nim. I do mojego zdania. Tak jakby przez zanik pamięci stał się pusty, jakby przestał być człowiekiem znanym jako Tadeusz Lelowicz. Wcześniej mogłam powiedzieć o nim: górnik, trębacz w orkiestrze, pasjonat papierowych modeli samolotów, ojciec, porzucony mąż, syn. Teraz są to tylko frazesy, które zupełnie go nie określają.
Najpierw zapomniał, że nie lubię rodzynek. Upiekł na weekend górę drożdżówek z serem i makiem, po brzegi wypełnionych tymi cholernymi pokurczonymi winogronami. Wpatrywał się we mnie tak zadowolonym wzrokiem, że łykałam kęsy bez gryzienia. Wcisnęłam w siebie chyba pięć sztuk, byle tylko pokazać, jak bardzo mi smakują. Tato siedział naprzeciwko i wpatrywał się, niby we mnie, ale miałam wrażenie, że przeze mnie, jakbym stała się przezroczysta albo zmieniła się w ducha.
– Lubisz takie drożdżówki, kochanie, prawda? – zapytał.
Serce mi pękło, tak wielką nadzieję miał w głosie.
– Pewnie, tatku – odpowiedziałam i sięgnęłam po kolejną.
– Zapakuję ci do domu – zaproponował z energią.
Podreptał do kuchni, zgarbiony nieco bardziej niż zwykle, jakiś taki osowiały. Długo szukał folii aluminiowej i starannie owijał nią pakunek. Odwróciłam wzrok, nie mogłam patrzeć na ukochaną osobę w takim stanie. Zdawałam sobie sprawę, że oto zaczął się proces umierania, który miał trwać nie wiadomo ile. Całe lata, jeśli nie dekady.
Nie zawsze kochałam ojca i mam o to do siebie żal. Udźwignął ciężar opieki nade mną. I samotność. Bo przecież kiedy matka odeszła, mógł mieć nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Dopiero wchodził w dorosłość, w życie. Kiedyś spytałam, dlaczego uciekła, ale nie potrafił znaleźć odpowiedzi.
– Młoda i głupia – rzucił w przestrzeń, jakby nie mówił do mnie, a do siebie. – Janeczka wolała się bawić, niż wychowywać dziecko. Widywałem ją czasami, kiedy spacerowaliśmy – wyznał.
Zrobiło mi się wtedy gorąco. Mijałam matkę na ulicy, nawet o tym nie wiedząc.
– Kiedy cię urodziła, miała niecałe dwadzieścia lat. Pstro w głowie i marzenia nie do spełnienia. Nie w momencie, kiedy rzuciła szkołę i pomyślała, że łatwo zrobi karierę przez łóżko. Aktorką chciała być. Kłóciliśmy się o to, przecież nie mogłem pozwolić na coś takiego! Pracowałem, dostaliśmy to mieszkanie z przydziału, kopalniana wypłata starczała na wszystko, ale pieniądze nigdy nie mogły zastąpić miłości.
Te słowa przebrzmiewają echem w mojej głowie, jakby tatuś dopiero co je wypowiedział. Wtedy nie rozumiałam rozgoryczenia w jego głosie, szukałam w nim winy. Nie wiem, kiedy dostrzegłam, że stał się swoistym aniołem stróżem; że porzucił praktycznie wszystko, by mnie wychować, każdą swoją ambicję i marzenie, bylebym tylko mogła iść na studia i wybrać zawód, o którym marzę. Zawsze powtarzał, że pracą osiągnę wiele. Miał rację. Ale nawet gdy mu teraz o tym mówiłam, nie pamiętał.
Wstaję, bo ścierpły mi nogi, i przechadzam się po mieszkaniu. Znów słyszę pomruk burzy i aż się kulę z przestrachu. Od tamtego popołudnia dawno temu nie lubię grzmotów. Każdy kąt tego domu jest mi znany. Dotykam mebli, wzburzam kurz, który wiruje w promieniach słońca. Często widziałam go, kiedy ojciec czytał mi bajki. Wzbudza we mnie nostalgię.
Kuchnia jest mała. Tato nauczył się gotować, ale pierwsze próby niezmiernie go irytowały. Załapał jednak bakcyla i czas spędzony w kuchni stał się jego ulubionym. Do tej pory nie wiem, jak łączył zmianową pracę z opieką nad dzieckiem i domem, pamiętam jednak zapachy jego potraw, ciasta puszyste, galaretki udekorowane bitą śmietaną i ciepłe budynie w zimowe wieczory, kiedy wracaliśmy z sanek albo kisiel. To składało się na poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam, że w domu mam zawsze swój kąt, nawet kiedy wyjechałam na studia czy poszłam do pracy. Mogłam wracać tam jak do gniazda. Tato wydawał się zawsze nie do ruszenia. W całym życiu nie znalazłam niczego bardziej trwałego. Aż do teraz.
Wracam do pokoju, w którym siedzi i patrzę na niego przez długi czas. Nie przypomina w niczym silnego mężczyzny, który woził mnie na barana, który pomagał mi się wspinać na drzewa i uczył łowić ryby. Z którym pływałam kajakiem po wzburzonych wodach rzek i zdobywałam szczyty gór. Zasechł. Niczym znienawidzone przeze mnie rodzynki. Mogłabym zjeść ich i tonę, byle tylko wróciła mu młodość i ta siła, za którą zawsze go podziwiałam. W jednej z kłótni zapytałam, dlaczego zniszczył sobie życie? Zaskoczył mnie wtedy, bo pogłaskał mnie delikatnie po policzku i powiedział:
– Stworzyłem i wychowałem świetnego człowieka, dlaczego to miałoby pójść na zmarnowanie?
Wtedy pierwszy raz poczułam, jak bardzo go kocham. Pielęgnowałam to uczucie, chociaż rzadko mówiłam o nim na głos. Trochę wstydziłam się tej dziecięcej radości, która wypełniała mnie zawsze, gdy patrzyłam w ciemne oczy. Jak miałam wyrazić uczucia rozrywające mi klatkę piersiową w obliczu tego surowego, nad wyraz poważnego człowieka. Teraz nieco zmiękł, skruszał, więc szeptałam mu do ucha słowa, których nigdy nie odważyłam się powiedzieć.
Gasł powoli. W pierwszej chwili chciałam oddać go pod opiekę do domu starców. Do jakiejś placówki, która podetrze mu tyłek i przygotuje kąpiel, ogoli staranniej, wyprasuje nową piżamę, podczas gdy ja będę frunąć do kolejnego egzotycznego kraju. Później uświadomiłam sobie, że nie mogę. Kiedy tato wrócił tamtego dnia z pracy, kiedy wyziębiona deszczem chorowałam, a on czuwał, kiedy opatrywał mi zranione kolana i serce (mimo że to ostatnie robił w milczeniu); kiedy zawsze mogłam do niego przyjechać albo zadzwonić, robił to bezinteresownie. Dlatego że byłam jego dzieckiem. Mogłam się mu odwdzięczyć. Właśnie w tym momencie. Zwolnić nieco, zatrzymać się w tym mieszkaniu gdzieś na Śląsku, potrzymać go za rękę. Opowiadać historie z życia, głaskać delikatne niczym puch włosy i całować strapione czoło. Upiekłam nawet drożdżówki z serem, makiem i mnóstwem rodzynek, a on popłakał się ze wzruszenia.
Chciałam ofiarować mu obecność w momencie, kiedy przechodził do innego stanu. Zasługiwał. A jednak cała miłość świata nie wystarczy, by odpłacić mu za dobroć.
Pociesza mnie myśl, że dopóki żyję, będzie żyć w moim sercu. Znów klękam obok jego fotela, kładę głowę na jego kolanach, a on głaszcze moje włosy jak robił to przez całe życie.
Chcę, by ta chwila trwała wiecznie, ale ręka taty zamiera i choć czas płynie dalej, przez moment wydaje mi się, że się zatrzymał.