Niektórzy godali, że jak kto zobaczy Skarbnika, długo nie pożyje, że oprócz tego, że starzik broni górników to jest przepowiednią śmierci. Albo samą śmiercią, tak godali inni. Francik nigdy nie wierzył w te głupoty, bo przeca kościół święty mówił, że ino ich błogosławieni mogą ludzi wspierać, modlił się więc do świętej Barbary, by go od złego zachowała. Tego dnia, a raczej nocy, bo szychta wypadła na trzecio zmiana, Francik nie poczuł łagodnego pocałunku opiekunki górników na czole, po prawdzie coś jebło go w plecy i uderzyło nim o ścianę. W ustach zdążył poczuć smak węgla pomieszanego z krwią, dostrzegł jeszcze słaby poblask, ale przed oczami fruwały mu ćmy trupie główki i wkrótce stracił przytomność.
Z omdlenia wyrwało go szturchnięcie. Powoli rozkleił powieki, rzęsy sklejone miał pyłem i łzami. Przed nim stał starzec, dość niski, jakby przystosowany do kopalnianych korytarzy, ze starodawnym kagankiem w dłoni. Płomień świecy chybotał się, to malał, to rósł, oświetlając starczą twarz nieznajomego. Długa broda sięgała piersi, białe włosy miał zaczesane do tyłu na przedwojenną modę i Francikowi skojarzył się z krasnoludem z babcinych opowieści. Starzec kopnął go po raz kolejny.
– Wstowej – rozkazał, a jego głęboki, wibrujący głos rozniósł się po kopalni i wrócił echem.
Francik nie mógł nie posłuchać, w nieznajomym było coś, co wymuszało posłuszeństwo, nawet jeśli chciał się zbuntować, ot tak, dla zasady. Bolało go ciało, a plecy piekły, jakby sam diobeł przypalał je wolno nad ogniem. Dźwignął się jednak z trudem, otrzepał ubranie z pyłu, zakaszlał i wycharknął, co zalegało mu w gardle.
– Idemy – rzucił starzec i ruszył w ciemność.
– Skarbnikiem jesteś? – zapytał Francik, gdy jako tako odzyskał mowę.
Gardło go paliło, głowa łupała, jakby mu kto kilofem czaszkę otworzył. Nie chciał się nad tym zastanawiać. Na razie sytuacja wyglądała bardzo nietypowo. Francik chciałby już wrócić na góra, wyjechać na powierzchnię i nigdy nie wrócić. Nie poznawał kopalni, nie widzioł innych górników, wszystkie lampy zgasły i tylko ogarek starzika oświetlał słabo korytarze.
– Ja – potwierdził staruszek i odwrócił się na moment do Francika.
Jego twarz wyglądała groteskowo, wcale nie przyjaźnie i mężczyznę przygniótł przeraźliwy gniew, a chłód przebiegł po kręgosłupie. Śmiertka cię powąchała, przypomniał sobie powiedzenie babki, i włosy stanęły mu na ramionach.
– Kaj idemy? – zapytał.
– Chca ci pokazać kopalnię z innej strony – powiedział spokojnie Skarbnik. – Francik, oszukiwałeś, naraziłeś kolegów na śmierć, bo ci się nie chciało sprawdzać pomiarów.
Francika przebiegł dreszcz.
– Ale…
– Nie ma znaczenia, że to góra ci kazała – przerwał mu ostro starzik. – Oni siedzą przy biurkach na powierzchni, liczą kasa, nie szanują zwykłych górników. Ty znosz ta robota od podszewki, fedrowałeś ściana, wielokrotnie uniknąłeś śmiertki. – Spojrzał na niego znacząco. – Wierzyłem w ciebie, Francik, a ty doprowadziłeś do tragedii. Terozki żony i dziecioki opłakują zmarłych, pakują do trumien kawałki ostałe się z twoich kumpli.
– Przecież nic się nie stało. – Zdumiał się Francik. – Żyja przeca.
– Cichaj – warknął Skarbnik. – Meluzyna świszczy w ścianach. – Położył palec na ustach. – Rzadko schodzi do kopalni, ale podczas każdej tragedii śpiewa żałobne pieśni, wciela się w płaczkę. Wyje w szczelinach, jęczy i nuci. Może jeśli się przyjrzysz, ujrzysz ją gdzieś w półcieniu, Meluzyna nie lubi światła, kocha ciemności zapadające przy burzy. Uwielbia mordować… Wiesz?
Francik przełknął ślinę. Plecy, rozpalone tak, że prawie ich nie czuł, owionął chłodny, wcale nie przyjemny podmuch. Bał się obrócić.
– Posiada ostre zęby – kontynuował Skarbnik i ruszył dalej, jeszcze niżej, coraz bardziej pod ziemię.
Francik miał wrażenie, że schodzą do piekła.
– W zalanych kopalnianych nieckach mieszkają utopce – poinformował Skarbnik. – Wiesz, niektóre z nich to strącone z nieba anioły. Posłuchaj…
Francik usłyszał chlupot, jakby podziemne jezioro nagle wzburzyło się z powodu fal. Coś wypełzło na brzeg, tak przynajmniej wyobrażał sobie górnik, człapało powoli w ich stronę. Kaganek przygasł, jakby świeca się wypalała i Francik wpadł w panikę. Rozejrzał się, ale nie widział Skarbnika, jakby nagle wtopił się w ścianę. Chlupoczące kroki zbliżały się, Francik poczuł zapach zgniłych wodorostów, w plecy znów dmuchnął mu chłód, wzmogło się świszczenie, które do tej pory ledwo słyszał.
Prawie wpadł w panikę, gardło ścisnęło mu się boleśnie, serce chciało wyrwać się z piersi, spłoszone niczym dzikie zwierzę. Starał się oddychać, ale robił to coraz płycej. W końcu, nagle, wszystko ucichło, kaganek Skarbnika znów rozjaśnił ciemności, Francik poczuł na ramieniu dłoń starzika.
– Nasze decyzje mają wpływ na wszystko – odezwał się Skarbnik. – Zamordowołeś dzisiej współpracowników, nie miołeś nawet powodów, by to robić. Myślołeś, że dołożą ci do wypłaty? – Zaśmiał się chrapliwie.
Francikowie pociemniało przed oczami. Poczuł wokół siebie obecność, tak silnie oddziałującą, że go miażdżyła, przygważdżała do podłoża. Musiał klęknąć, zgiąć się wpół, pot wystąpił na czoło, dłonie zaczęły drżeć.
– Lucjanie – rzucił Skarbnik i skłonił głowę.
Francik ledwo to dostrzegł przez załzawione oczy. Uniósł głowę. Mężczyzna przed nim wspierał się na lasce, włosy pokryte brylantyną miał zaczesane do tyłu, oczy płonęły mu niesamowitym światłem, jakby ogniem.
– Franciku Regielski, mosz przyjemność spotkać najstarszego mieszkańca tych ziem. Lucjan. – W głosie Skarbnika brzmiał szacunek. I dystans.
– To ten człowiek odpowiada za dzisiejszy… wybuch. – Oblizał usta szpiczastym językiem. – Dobre dusze zebrałem – szepnął, a w tym szepcie Francik usłyszał taką grozę, że przeniknęła go, przenicowała. – Sssmakowite – syknął.
Zaśmiał się, rozwiał i zniknął. Zniknęła również ta przytłaczająca siła, mógł się dźwignąć, oblany potem, zmęczony do granic, coraz bardziej odczuwający ból.
– Terozki zoboczysz, co się stanie z tym, który zawodzi – zagrzmiał Skarbnik, a jego głos wydawał się dźwięczny niczym dzwon. – Otrzymosz kara, która jest adekwatno do przewin.
Francikowi zaczęło się kręcić w głowie. Znów słyszał meluzynę, znów człapały mokrymi stopami wokół niego utopce, gdzieś kapała woda, świszczał wiatr i gdy otworzył oczy, znajdował się w miejscu, w którym się obudził.
Dopiero teraz dostrzegł ciało i gdy się schylił, zrozumiał, że patrzy na swoje zwłoki, spalone na plecach, z rozerwaną z tyłu czaszką. I nagle zgasło światło kaganka, a Francik znalazł się na powrót w tej skorupie. Ból uderzył w niego z niespodziewaną siłą. Jęknął.
Skarbnik kucnął, spojrzał mu w oczy. Francik powinien nie żyć, wiedział to, a jednak dychał, miał świadomość.
– Terozki stopisz się ze skałą, staniesz węglem, czarnym diamentem… – powiedział powoli, w zamyśleniu. – Później przyjdą nowi górnicy, wykopią cię, rozdrobnią w grudy i wrócisz na powierzchnię, by spłonąć. Zmienisz się w dym i popiół. I dopiero wtedy stracisz świadomość.
– Proszę… – wycharczał Francik.
Skarbnik jednak pokręcił głową.
Proces przemiany w węgiel okazał się bolesny i długi. Mijały tygodnie, kopalnia wróciła do życia, Francik słyszał gdzieś w oddali głosy górników. Nikt jednak nie pojawił się w miejscu, w którym przeistaczał się w czarny diament, jakby to miejsce chroniły nieznane siły. Czasami, gdy ból stawał się nieco lżejszy, Francik słyszał śpiew meluzyny, doprowadzający do szału, powtarzający się dźwięk, wibrujący w uszach, świdrujący w głowie. Wolał go jednak od chlupotu, z którym nadchodziły utopce, dawne anioły strącone z nieba. Bywało, że wydawało się Francikowi, że te stworzy go dotykają, że resztki jego ciała służą im za pożywienie, ale nie miał pewności.
Stawał się węglem. Kamieniem. Czarnym diamentem.